Niby jesteśmy przyzwyczajeni do podróżowania autem a Maciej jest bezsprzecznie wyśmienitym kierowcą.Zdarzało nam się jechać 24h bez przerwy, choćby do Macedonii ale to było kilka lat temu i nawet wtedy nie było zbyt rozsądne. Pewnie po prostu się starzejemy ( choć widac to tylko po dzieciach-:)a może też z tego powodu, że mieliśmy ciężki tydzień. W każdym razie podróż okazała się bardzo męcząca. Wyjechaliśmy z Poznania o 20.00,około 1 w nocy stanęlismy na niemieckim parkingu i zdrzemnęliśmy się do świtu. Pod Monachium ominęły nas tradycyjne korki, bo było jeszcze bardzo wcześnie-6.30-ale już przed Brenner zaczęło się korkować i tak aż do Bolzano- straciliśmy pewnie z 4 godziny.Poiłam Macieja Redbullami, karmiłam marchewkami i rzodkiewkami a nawet opowieściami z dzieciństwa żeby tylko nie zasnął, ale tak napradę wszytkich nas przebudziło dopiero ostre hamowanie na autostradzie i zmiana opony- jakieś deja vu- przecież miesiąc temu w Krakowie też przez to przechodziliśmy. I tym razem pomocna okazała się Zosia.
O 17.30 nareszcie byliśmy na miejscu- 1550 km, 21 h drogi ( z czego 3h snu),40 EUR opłat za autostrady.
Toskania! Wiem, że byłam potwornie zmęczona i że powinnam teraz ugryść się w język, ale jak narazie nie do końca rozumiem ten ogólnoświatowy zachwyt.Wystarczająco już naraziłam się wielu osobom głosząc niepopularne opinie że Barlin to nie najcudowniejsze kosmopolityczne miasto świata i że nie marzę o emeryturze w Barcelonie, więc gryzę się w język. Jutro czeka nas prawdziwy początek wakacji. Życie jest piękne!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz