Rano wybieram się z Zuzią po pomidory do "naszego" orto (tak Włosi nazywają warzywne ogródki).Spotykamy Terezę, która tłumaczy jakiego gatunku pomidorów używać do sałatki ala caprese a jakiego do bruschetty. Mówi o nich z taką pasją jakby opowiadała o najdroższych skarbach- i tak właśnie jest-wszystko co daje Toskańczykom ich ziemia jest dla nich na wagę złota,we wszystkim co robią jest pasja i serce.To chyba stanowi o fenomenie Toskanii.
Powoli zaczynamy zachowywać się jak oni. Piano, piano...Siedzimy na tarasie i nieśpiesznie popijamy espresso.
Przywiozłam ze sobą małą, niepozorną książeczkę włoskiego pisarza Alessandro Baricco- "Novocento".W ciągu godziny czyta ją Monika,Asia i na końcu ja-wszystkie jesteśmy równie zachwycone tym oryginalnym, emocjonalnym monologiem o cudownym pianiście, który całe życie spędził na statku kursującym między Europą a Ameryką. Na podstawie tej niewielkiej książeczki Giuseppe Tornatore nakręcił słynny film "1900-człowiek legenda", który trwa prawie trzy godziny-widziałam go kiedyś ale teraz chciałabym obejrzeć ponownie.
Tereza przynosi nam bukiet cudownych kwiatów- wygląda jak bukiet na stół ślubny-i pyta czy będziemy wieczorem, bo planuje ugotować nam kolejną boską potrawę i przyrządzić Tiramisu. Gdy mówimy jej że w planach mamy dziś popołudniową wycieczkę do San Gimignano- łapie się za głowę i mówi, że to strasznie daleko i że na pewno wrócimy zmęczeni późnym wieczorem. Do San Gimignano mamy około 60km, ale zaczynamy myśleć jak Toskańczycy- to tak daleko...Nie możemy więc zebrać się by opuścić werandę i rozważamy jak by tu można obejrzeć te wszystkie miejsca nie ruszając się poza "naszą" posiadłość.
Wreszcie siłą woli pakujemy się do dwóch aut i przed 17.00 wyruszamy do San Gimignano. Po prawie dwóch godzinach jazdy rozumiemy, co Tereza miała na myśli- to jest daleko! Droga wije się malowniczo między toskańskimi wzgórzami i nareszcie mamy widoki, które znamy z pocztówek- pola słoneczników, bajeczne domki, różne odcienie zieleni i żółci.
Samo miasteczko San Gimignano opisywane jest w przewodnikach jako "archetyp włoskiego miasteczka z zachwycającym pejzażem, zabytkami i urokliwym klimatem".Znane jest przede wszystkim ze swoich czternastu strzelających w niebo wież ale również z bodajże najlepszych lodów w całych Włoszech ( Gelateria della Piazza przy Piazza della Cisterna 4). Wszystko to okazuje się prawdą-:) Wieże dodają temu i tak nadzwyczaj urokliwemu miasteczku jakiejś majestatyczności. San Gimignano żyje swoim spokojnym rytmem, z okien wyglądają uśmiechnięte włoskie staruszki, wysoko na sznurkach suszy się pranie, koty leniwie spacerują po ulicach, które są zamknięte dla ruchu kołowego. Między tymi średniowiecznymi murami panuje przyjemny chłód, sympatyczny gwar który jest udziałem takiego "gatunku" turystów, jaki lubię-nikt nigdzie się nie śpieszy, ani ci, którzy na schodach kościoła zajadają kawałek Margherity, ani ci, którzy sączą campari z wodą.Zresztą zupełnie niezależnie to właśnie to miasteczko polecał mi wujek Wojtek i to San Gimignano oczarowało Zielkę. Teraz pod ogólnym "tak, trzeba się tam wybrać" podpisuje się cała nasza dziesiątka.
Martuś, to ja zapisuję się już u Ciebie na te pomidorowe pyszności , sałatkę ala caprese i bruschettę , zrobione wedle toskańskiej procedury. Na pewno będą wyśmienite :) .
OdpowiedzUsuńPrzyjemności, pa,
Aga.
Teraz już wiem, żę życzenia urodzinowe popłynęły wprost z San Gimignano :) Ale Wam zazdroszczę, a widząc te jakże urokliwe miasteczka, basen i was taplających się w błogim lenistwie z kieliszkiem wina w dłoni, to od razu wracają wspomnienia z Czarnogóry... (i tylko pączka brakuje na środku basenu) :)
OdpowiedzUsuńWczoraj właśnie wspominaliśmy Ciebie i Twojego pączka w Czarnogórze. Szkoda że nie ma Was z nami! Całusy od wszystkich!
UsuńPo powrocie zapraszamy na włoską ucztę-:)
Usuń